Tico Warbirds Airshow czyli komedia

Tak jak pisałem wcześniej, zgłosiłem się jako wolontariusz do pomocy przy Airshow w Titusville – podobno firma która miała się zajmować sprzedawaniem biletów i kierowaniem ruchem na parkingu w ostatnim momencie postanowiła się wycofać, i do tego (niezwykle odpowiedzialnego) zadania wezwano CAP. Z pewną taką niechęcią jechałem, bo idea spędzenia całego dnia wśród śmierdzących samochodów i kurzu jakoś mi się nie podobała, ale w końcu ktoś musi to robić. Więc zrezygnowany wyruszyłem. Oczywiście trafiłem w swojski bałagan – nikt nie wiedział kto co robi i gdzie jest potrzebna pomoc. Ponieważ wyraźnie nie potrzebowano mojej pomocy, to pochodziłem z aparatem i pooglądałem samoloty:

Flightline której musiałem bronić własnym ciałem
Blue Angels
A-10
A-10 z twarzy
Blue Angels
Antyczny radar
Blue Angels
Najtańszy samolot – $35K, ląduje na wodzie

Zdumiewająca dla mnie jest liczba samolotów znajdujących się w prywatnych rękach – praktycznie wszystkie występujące w airshow samoloty (poza A-10 i jeszcze jednym innym) były własnością pilotów. Bardzo często byli to weterani wojny w Wietnamie, czasem w Korei, którzy z uwagi na zaawansowany wiek ledwo chodzili. Także kilka odrzutowców było prywatną własnością. Biorąc pod uwagę że takie samoloty zaczynają się od $0.5M, to wiele mówi to o tym jakie możliwości kariery (i bogactwa) daje bycie pilotem w USAF.

Porozbijane przez FBI samochody

W końcu natknąłem się na osobę odpowiedzialną za ten bałagan. Okazało się że brakuje ludzi do wszystkiego. I już przydzielała mnie do biegających po parkingu, ale nagle okazało się że istnieje inne, niezwykle odpowiedzialne stanowisko które trzeba obsadzić – pilnowanie żeby ludzie nie wchodzili i nie wjeżdżali samochodami na pas startowy. Więc postawiono mnie w kluczowym punkcie i miałem za zadanie zawracanie wszelkich wałęsających się bez przepustki. Oczywiście nie zostałem poinformowany jak wygląda przepustka, więc uznałem że będę przepuszczał tylko tych którzy na pytanie „masz przepustkę” wyjmą dowolny świstek papieru. Punkt był idealny, był o rzut beretem od namiotu pilotów, gdzie rozdawano darmową wodę, kanapki i olejek do opalania (wtarłem w siebie całą tubkę), obok stało zadaszenie z ławkami a przede wszystkim byłem bardzo blisko od tzw. flight line i stojących na niej samolotów. Piloci przychodzili do mnie pogadać sobie i było fajnie, oczywiście wszyscy wiedzieli gdzie jest Polska i próbowali mi opowiadać o swoich polskich koligacjach rodzinnych, a jeżeli ich nie mieli, to przynajmniej wspominali polską kiełbasę i pierogi.

Ten agent pewnie nie zdał

Poza tym, moje miejsce warty znajdowało się obok parkingu samochodów używanych przez FBI do nauki pościgów. Sądząc z ich stanu, to wielu agentów nie zdało egzaminu.

Pilot-fotograf

Niestety nikt mi nie powiedział że do godziny 11 ludziom wolno się wałęsać po pasie. W związku z czym ciągle mi się ktoś pchał, przeganiałem ich jak mogłem, część zawracała i szła dookoła omijając mnie, reszta kłóciła się ze mną wskazując na bezsensowność moich akcji. Jeden osobnik przeszedł obok mnie w lewo (miał prawo) i za chwilę wracał. Więc mówię mu że nie wolno, że musi mieć przepustkę żeby tędy wejść i że dla publiki wejście jest po drugiej stronie. On na to że przed sekundą tędy szedł i zostawił tylko kurtkę w samochodzie i przecież można tam dojść z drugiej strony a jemu się nie chce dookoła iść. Trochę mnie jego logika zastanowiła, szczególnie że chwilę wcześniej sam tam łaziłem i rzeczywiście nie było problemów z wejściem na pas. Ale rozkaz to rozkaz i postraszyłem go że jak nie pójdzie dookoła, to wyciągnę konsekwencję. Zawrócił i poszedł bluzgając przekleństwami, a ja zacząłem się zastanawiać jakie to konsekwencje mógłbym wobec niego wyciągnąć? Jedyne co mi do głowy przyszło to zrobienie mu zdjęcia…

O 11 wygoniono w końcu wszystkich z pasa, zamknięto to drugie przejście i wtedy moja placówka stała się niezwykle ważna – niezwykle, bo dzień wcześniej jakaś nastolatka prawie wlazła pod pracujące śmigło P-47 – pilot nie widział że ona tam jest i zaczął ruszać, na szczęście obyło się tylko na strachu. Więc zawracałem wszystkich ile się dało – 90% ludzi grzecznie zawracało, 9% pytało się dlaczego a jeden procent powodował problemy. Tych ostatnich straszyłem konsekwencjami. I wymachiwałem aparatem fotograficznym jak bronią. Chyba działało, bo nie przepuściłem nikogo. W walce z niesfornym tłumem przeszkadzał mi najbardziej strój – o ile większość innych członków CAP była ubrana w BDU (battle dress uniform czyli po ludzku moro) i wyglądała groźnie, ja byłem ubrany w polo ze znaczkiem CAP i jeansy i nie wyglądałem w żaden sposób na kogoś kto ma prawo do zawracania innych. Nauczony tym doświadczeniem chyba zainwestuje w komplet BDU.

A przy okazji obserwowałem samoloty. Nauczyłem się także czegoś nowego – stanie kilka metrów za ruszającym P-47 jest najtańszym i najskuteczniejszym sposobem na peeling.

I jeszcze jeden filmik:

Walcząc z wiatrem i broniąc się od latających kamieni (niektórych całkiem sporych) zrozumiałem słowa wypowiedziane wcześniej przez jednego z pilotów – „będziesz miał tutaj dobrą klimatyzację!”.

Jako że ilość chętnych do zmielenia śmigłem zaczęła dość gwałtownie maleć (pewnie dlatego że kto miał wejść na air show to już wszedł a parking był pełny), to miałem trochę czasu na fotografowanie samolotów. Chyba się starzeję, bo jakoś nie wzbudzały one we mnie większych emocji. Latały w lewo i prawo, do góry i w dół, czasem dymiły, czasem nie, czasem warczały, czasem huczały. Od czasu do czasu symulowano bombardowanie i strzelano petardami, puszczano dym a czasem nawet Hollywoodzkie kule ognia. Publiczności to się bardzo podobało, a mi się coraz bardziej nudziło, szczególnie że doskwierał mi (pomimo siedzenia w cieniu) upał. Tak jak nie lubię starych samochodów, tak nie biorą mnie stare samoloty. Dopiero gdy na niebie pojawił się A-10, to trochę popstrykałem zdjęć. Ale to też w sumie antyk. Choć zwrotny był niesamowicie a do tego potrafił latać zarówno bardzo szybko, jak i bardzo wolno (to ostatnie przy symulowanym ataku na cele naziemne).

Samoloty latały w dół
To miało być przelatywanie przez kółka z dymu
Latały też w górę
Wyszło kółko z dymu, ale samolot nie trafił
A-10 w akcji
A-10 od spodu
A-10 od góry
I znowu A-10 od spodu
Samoloty których pilnowałem w akcji
Wracają
Straszny bałagan w powietrzu – jednocześnie latało kilkadziesiąt
Mały atak
Następny wraca
Kometa do wymiotów – samolot Zero G
Ładna kolorystyka

W ten sposób przeżyłem TICO Warbirds Airshow bez poparzeń słonecznych, udaru i ran ciętych od śmigieł. O tym co było dalej (powrót do domu) nie napiszę, bo znowu bym musiał o niedobrych kobietach pisać. Na szczęście przynajmniej pies mnie lubi.

I bonus – filmik z lokalnej stacji TV:

I kolejny bonus – filmik z soboty – pojawił się (nieoczekiwanie i niezapowiedzianie) B2-B:


Jak lubisz zdjęcia samolotów, to zapraszam także do obejrzenia tego oraz tego postu.