62 tony

Lockheed-Martin poszedł na całość. Firma uznała że jak lecieć na Księżyc to z klasą i zaproponowała nowy lądownik. Ma on dać radę zawieźć 4 astronautów na Księżyc i pozwolić im na dwutygodniowy pobyt. I ma być wielokrotnego użycia – do 10 lotów. Kursował by pomiędzy Deep Space Gateway i powierzchnią księżyca. Na sucho ma on ważyć 22 tony, ale do lotu na Księżyc potrzebować będzie 40 ton ciekłego tlenu i wodoru. Ma mieć możliwość tankowania na powierzchni Księżyca lub na DSG i być napędzany czterema silnikami RL-10 (choć inne są tez brane pod uwagę).

Wszystko pięknie ale problem z tym skąd wziąć 40 ton ciekłego tlenu i wodoru na DSG? Wymaga to albo jakichś kosmicznych tankowców (np. ACES Vulcan’a) albo łapania komet i przerabiania ich na paliwo i utleniacz albo produkcji paliwa i utleniacza na Księżycu i wysyłania ich stamtąd. W przewidywalnej przyszłości tylko transport z Ziemi ma sens a to powoduje że każde lądowanie na Księżycu wymaga jednego dodatkowego startu SLS’a by wysłać paliwo i utleniacz na DSG.

Na szczęście to tylko marzenia firmy, NASA na razie nie planuje zamawiania jakichkolwiek wielkich lądowników księżycowych. Ale to się może zmienić – prezydent uwielbia duże rzeczy i taki wielki, piękny, księżycowy lądownik z wielką, amerykańska flagą na szczycie może dostać finansowanie.