I ty, Brutusie?

Czyli najnowsze zawirowania wokół rakiety SLS. Jak informuje ArsTechnica, jeden z największych zwolenników SLS’a – Charlie Bolden już nie jest jej zwolennikiem. W wywiadzie dla Politico Bolden powiedział że program SLS zostanie zakończony już wkrótce, możliwe że już w przyszłym roku. Powody są proste – przede wszystkim koszty. 20 miliardów dolarów utopione do tej pory a końca nie widać. A po drugie przydatność – nawet jak w końcu pierwsza wersja SLS powstanie to nadal nie jest w stanie zrobić niczego co kongres chciał osiągnąć – ani zawieźć ludzi na Księżyc ani na Marsa.

SLS miał sens w 2010 roku kiedy to kongres podjął decyzję o jej budowie. Jak pewnie pamiętacie SpaceX wtedy pracował nad Falconem 9 a loty Falcona 1 nie dawały zbyt wiele wiary w to że prywatne firmy mogą same zbudować dużą rakietę. Do tego SLS miał być gotowy już w 2017 roku i kosztować marne 18 miliardów (choć dokumenty wewnętrzne NASA wymieniały sumę 41 miliardów dolarów za pierwsze cztery loty).

Mamy 2020, SLS nadal nie wystartował. W międzyczasie SpaceX pokazał że prywatne firmy za własne pieniądze są w stanie zbudować rakietę o sporym udźwigu a co więcej zrobić ją tak by dało się ponownie użyć wielu z jej elementów.

Największym zagrożeniem dla SLS nie jest jednak Falcon 9 / Falcon Heavy ale Starship / SuperHeavy. Zwolennicy SLS uporczywie twierdzą że bez SLS rakiety załogowe loty gdzieś dalej niż LEO są niemożliwe, bo nawet Falcon Heavy ma za mały udźwig. To jedyny powód dla którego SLS ma jeszcze szanse drenować budżet NASA. W momencie kiedy na orbitę poleci Starship, zwolennikom SLS pozostanie tylko twierdzenie że SLS jest „human rated” a Starship nie i dlatego należy inwestować w SLS. Ale to może być za mało, bo podatnicy aż tak głupi to nie są i poparcie dla SLS może się skończyć utratą stołka w kongresie. Moim zdaniem nadzieją jest jakaś spektakularna awaria SLS, najlepiej na platformie by zniszczyć strukturę naziemną na tyle by koszty ponownej próby były olbrzymie. Druga nadzieja to jakiś cud w tempie prac w SpaceX i udany lot Starship na orbitę zanim SLS wystartuje. Szanse na to są niewielkie, no chyba że NASA odkryje jakieś większe problemy z SLS w czasie kampanii testowej i start opóźni się o kilka lat.

W ciągu najbliższych kilku lat czeka nas debiut czterech nowych rakiet – Vulcan, New Glenn, SLS i Starship/SuperHeavy. I trudno powiedzieć która z tych rakiet pierwsza osiągnie orbitę. Najpewniejszy wydaje się Vulcan, pomimo że prace nad nim rozpoczęły się w 2014 roku (prace nad New Glenn i Starship oficjalnie zaczęły się w 2012). Jednak przyszłość Vulcan’a zależy bardzo od tego czy Blue Origin opanuje problemy z BE-4 a plotki nie są zbyt optymistyczne. Od obecnych podskoków Starship do orbitalnego lotu całego zestawu jeszcze daleka droga. SLS teoretycznie jest najbliżej, ale wszyscy spodziewają się problemów na stanowisku testowym i dalszych opóźnień. Jak bym miał stawiać pieniądze na którąś z tych rakiet to postawił bym na Vulcan – wiele problemów z jakimi boryka się BE-4 związane jest z jego trwałością a do pierwszych lotów Vulcan’a nie jest to ważne, wystarczy żeby silnik wytrzymał jeden start.